Kompletnie nie na temat czyli niekończąca się rzeka.

Ano właśnie. Ostatnio coraz częściej piszę nie na temat.
Ale do rzeczy. Gdy dowiedziałem się, że „floidzi” po latach wydają nową płytę to pierwszą reakcją był brak wiary. Drugą natychmiastowa kwerenda w sieci i poszukiwania jakichkolwiek informacji. A więc: są to ściachy studyjne pozostałe po „The division bell”, materiał w pełni instrumentalny, panowie Gilmour i Mason robią skok na kasę i wydają zmielone podroby, przecież cokolwiek z napisem Pink Floyd fani kupią za każde pieniądze itd…
Nawet przed premierą (dzisiaj), przeczytałem recenzje, które pisali ci, którzy posiadali krążek wcześniej.
No i zrobiło się nie za wesoło… Recenzje miażdżące: nuda, bezsens, 18 krótkich namiastek utworów, płyta krótka itd…

No i dzisiaj drżącymi łapkami odpakowałem płytkę, wsadziłem do odtwarzacza i wraz z moimi kobietkami przy dobrym winie (ja), karmi (żona) i naturalnym wytworze małżonki (Marysia) zacząłem wsłuchiwać się w dźwięki.
No i cóż… Na początek konfrontacja z głosami krytycznymi: płyta pocięta bez sensu na 18 króciutkich utworów – prawda ale nic z niej nie wynika. Po prostu panowie w studio tak sobie wymyślili i tyle. Mogło by ich być 6 albo 106, to bez znaczenia, bo łączą się w spiętą jedyną w swoim rodzaju gitarą Gilmoura w całość. Tak sobie wymyślili. Dziwne to ale w niczym nie przeszkadza. Przeszkadzać może tym, którzy odtwarzają w jakimś odtwarzaczu na kompie, który robi przerwy między utworami, to może być wkurzające i rozpraszające, fakt. Zarzut drugi: ściachy, odrzuty, śmieci. I tak i nie. Bo jak już napisałem wcześniej, te ściachy są w elegancki i klimatyczny sposób połączone ze sobą i wszystko tu gra i pasuje. No i mówiąc szczerze jeśli to są ściachy to ciekawy jestem jak by brzmiały gdyby panowie dopieścili je i rozwinęli podczas sesji do Division Bell, to byłaby dopiero uczta. Poza tym jakościowo ściachy „floidów” to i tak wspaniałe i nastrojowe utwory… Fakt, można było je bardziej rozwinąć, napisać teksty, dograć wokale itd… Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Zarzut kolejny: nuda. Cóż, to zależy czego się kto spodziewał. Ja nie oczekiwałem na Dark side of the moon czy the wall, nie oczekiwałem diamentów typu High Hopes…

I już nie odnosząc się do recenzji. Jak się po prostu tego słucha? Niesamowicie przyjemnie. Wpaniałe, klimatyczne, nastrojowe, flojdowskie dźwięki. To po prostu piękne instrumentalne słuchowisko (no nie do końca instrumentalne bo pojawiają się chórki, zsamplowane głosy oraz na koniec jedna pełnoprawna piosenka z wokalem). Skojarzenia? To jakby przejażdżka po wielu poprzednich płytach: są utwory klimatem przypominające Dark side of the moon, Division Bell, Wish you were here… Wszystko spięte flojdowskimi klawiszami i magiczną gitarką Gilmoura. Wspaniała płyta. Piękne pożegnanie legendy, bo to ostatnia płyta wydana pod tą nazwą.
Minusy? Jest krótko. Pięćdziesiąt kilka minut to nie jest wynik który mnie satysfakcjonuje. Taki wspaniały dwudaniowy obiad w klimatycznej knajpce, ale w połowie drugiego dania kelner wyszarpuje talerz i płać człowieku…
Jest niedosyt. I to jedyny zarzut.

A jednym zdaniem? Miałem pomysł by płyta spełniła funkcję kołysanki dla Marysi. I co? Śpi jak suseł.
Polecam.

I mała próbka na koniec:

pink_floyd_772728b

1 komentarz

Filed under Uncategorized

One response to “Kompletnie nie na temat czyli niekończąca się rzeka.

  1. Gosia

    Przepiękne i klimatyczne doznanie, niepowtarzalne dźwięki, nikt nie umie tak zbudować atmosfery. Nawet odrzuty z płyty zachwycają i cudownie kołyszą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s