Wrocławska noc muzeów.

Jako że pogoda sprzyjała spacerom, to zdecydowaliśmy się wziąć udział w tym corocznym wydarzeniu kulturalnym. Przyznam szczerze że nauczony doświadczeniem warszawskich nocy muzeów, byłem nastawiony na wielkie kolejki i szybkie zwiedzanie, popędzany przez tłumy innych ciekawskich. I tutaj niespodzianka: co prawda kolejki były ale błyskawicznie się rozładowywały a i w obiektach nie było tłumu i ścisku. Tak to ja mogę zwiedzać. Rozpoczęliśmy od centrum poznawczego Hali Stulecia. Ekspozycja dotyczyła historii hali, jej budowy i losów powojennych. Wystawa bardzo ciekawa, zgodnie z obecnie panującymi trendami multimedialna, szkoda tylko że udostępniono tylko jedną część ekspozycji. Samego wnętrza hali nie dało się obejrzeć. Następnym punktem programu było muzeum architektury. Niesamowicie klimatyczny budynek, wystawa ciekawa tylko monotematyczna. Miałem nadzieję obejrzeć kawałek wrocławskiej architektury a niestety było tego mało, ponieważ cała ekspozycja poświęcona była jednemu architektowi: Ernstowi Mayowi. Cóż, trzeba będzie wybrać się jeszcze raz, już na warunkach komercyjnych, po zmianie ekspozycji. Następnym obiektem było muzeum poczty, znajdujące się w monumentalnym poniemieckim budynku z czerwonej cegły. Przyznam szczerze, że bardziej interesowało mnie wnętrze budynku niż sama ekspozycja. Ale okazało się że eksponaty są równie ciekawe jak budynek. Historyczne pojazdy pocztowe, tablice, mundury a najciekawsze były maszyny, matryce i sztyce służące do produkcji znaczków pocztowych. Była tam tablica poświęcona Czesławowi Słani, najwybitniejszemu polskiemu grawerowi projektującemu znaczki.

Dla ciekawskich:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Czes%C5%82aw_S%C5%82ania

Następnie kroki skierowaliśmy do Muzeum Współczesnego. Tutaj też ogromnie ciekawił mnie budynek. Placówka

mieści się w dawnym schronie, w zasadzie “flakturmie” czyli monumentalnym żelbetonowym gmachu, który w czasie wojny pełnił funkcję schronu dla ludności a na dachu mieściły się stanowiska dział przeciwlotniczych. W środku robi ogromne wrażenie a sama ekspozycja bardzo różnorodna: od architektury do wystawy poświęconej piłce nożnej. Po wyjściu z centrum zdecydowaliśmy się odwiedzić synagogę pod Białym Bocianem. Załapaliśmy się rzutem na taśmę, byliśmy chyba w ostatniej grupie którą wpuszczono., ale szczęśliwie udało się. Napiszę tyle: było warto. Synagoga została niedawno odrestaurowana, w środku robi niesamowite wrażenie.

I na koniec drobna uwaga: naszą noc muzeów zaczęliśmy o 18 a zakończyliśmy o 24, zwiedzając zaledwie 5 z bodajże 40 placówek. Jeśli to ma być noc muzeów to niech to będzie noc a nie wieczór, niech muzealnicy poświęcą się i pozwolą zgłodniałym wrażeń pobuszować powiedzmy do 5-6 rano… a nie do 24.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Wielka majówka.

Czyli chwila wytchnienia od pracy, szkoły i innych obowiązków. A na fotkach Wrocław i dwie twierdze: Srebrna Góra i Kłodzko. O Wrocławiu rozpisywać się nie będę bo już wiele na ten temat tutaj było, natomiast co do Kłodzka i Srebrnej Góry to parę słów napiszę, bo i jest o czym. Srebrna Góra to najwyżej położona górska twierdza w Europie. Leży w Górach Sowich a w zasadzie na pograniczu Gór Sowich i Bardzkich. Piękny obiekt, aktualnie remontowany, na jej terenie działa lokalne stowarzyszenie miłośników twierdzy. Odbywają się tam pikniki militarne, rekonstrukcje potyczek a same wnętrza twierdzy można zwiedzać, oczywiście z przewodnikiem. Kłodzko zaś to malowniczo położone miasteczko z górującą nad nim twierdzą. Zaś sama twierdza to obiekt ogromny. Zajmuje mniej więcej połowę całego miasta. Niżej położona od srebrnogórskiej, ale za to zwiedzić można o wiele więcej. Największą atrakcją są tunele minerskie, których gęsta sieć oplata twierdzę. Ciemne wąskie, kręte, najwęższy z nich ma zaledwie 90 centymetrów wysokości. Wrażenia z przejścia niesamowite…

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Sudety czyli mgła i linia Masaryka.

Na święta wielkanocne wybraliśmy się na pogranicze polsko-czeskie a konkretnie do Mostowic czyli malutkiej wioseczki gdzie obydwa państwa łączy mostek nad dziko płynącą rzeczką Orlicą. Rzeczka spina dwie miejscowości: wyżej wymienione Mostowice i Orlickie Zahori. To miał być wypad typowo turystyczny czyli święta bardziej aktywne niż poruszanie się od stołu A do stołu B. Powyższy zamiar udał się znakomicie. Podczas tego kilkudniowego pobytu pogoda mocno dała nam w kość, pozwalając na podziwianie pełnego spektrum ciekawych zjawisk. Od chmur w których poruszaliśmy się pierwszego dnia, poprzez słoneczną pogodę a na śnieżycy dnia ostatniego poprzestając. Ale taki już podobno urok Sudetów. A samo pogranicze? Dla zainteresowanych historią jest to ciekawa kraina. Zarówno po stronie naszej jak i braci po kuflu co chwila można natknąć się na ślady historii. A to waląca się niemiecka karczma gdzie ślady gotyckich reklam wyłażą spod farby, a to popiersia cesarza Józefa II który zatrzymał się ze świtą by pokazać chłopom że on także potrafi używać kosy (na polu nie na chłopie…), i na wspaniałych umocnieniach czeskich skończywszy. Co do samych umocnień: nie ukrywam że moim celem było zwiedzenie paru bunkrów “linii Masaryka” jak nazwano te grupy forteczne. Parę słów o historii: Czesi po dojściu Hitlera do władzy, w odzewie na jego żądania dotyczące zwrotu Sudetów, na potęgę zaczęli się zbroić, stawiając na całej granicy północnej i zachodniej grupy warowne składające się z różnej wielkości i typów bunkrów, które miały ich ochronić przed faszystowską inwazją. Docelowo miało powstać ponad dziewięć tysięcy obiektów. Prace nie zostały ukończone ale efektem jest parę tysięcy malowniczo wyglądających bunkrów które stoją głównie w Sudetach. Żelbetonowe potwory naszym braciom nie pomogły – zostali sprzedani przez aliantów Hitlerowi na konferencji w Monachium i umocnienia nie miały szansy udowodnić swojej wartości. Tyle historia. Nam pozostały do podziwiania wspaniale zachowane fortyfikacje, sprzątane i konserwowane przez grupy zapaleńców (z których uprzejmości udało nam się skorzystać by zwiedzić od środka jeden z obiektów). Piękne szlaki, prawie zerowa ilość turystów i straszliwie klimatyczne miejsca.

 

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Centrum Nauki Kopernik

W końcu udało się odwiedzić ten przybytek tłumnie odwiedzany przez gości z całego kraju, głównie zorganizowane wycieczki szkolne (częścią takiej wycieczki byłem z resztą sam). Zdobycie biletu graniczy z cudem, sam z resztą aby takowy nabyć musiałem odstać ponad dwie godziny, przy okazji wysłuchując legend stałych kolejkowiczów (nie, nie koni,- przewodników warszawskich), na temat perturbacji związanych z zakupem biletów do centrum. Jednym zdaniem: pomimo tego że centrum działa już dosyć długo, organizatorzy do dziś dnia nie mogą sobie poradzić ze sposobem dystrybucji biletów a sprzedaż online pojedynczych wejściówek nie jest na dzień dzisiejszy możliwa. Na ich usprawiedliwienie napiszę że  chętnych jest mnóstwo i przelewają się tam niesamowite tłumy. A co w środku? Cóż, masa zabawek dla dzieci dużych i małych (wszak każdy facet to duże dziecko). Niezliczona ilość zabaw logicznych, zasady fizyki wyjaśnione w taki sposób że można patrzeć, uczestniczyć a gęba się sama uśmiecha od ucha do ucha.  Nie mam zamiaru zdradzać i opisywać poszczególnych stanowisk, troszkę zobaczyć można na fotkach, ja ze swojej strony gorąco polecam. Na zachętę dodam że trzy godziny (tyle czasu dane mi było poświęcić na zwiedzanie) minęły w mgnieniu oka a ekspozycję na piętrze tylko liznąłem w biegu. Jeden mały minusik: parę bardziej zaawansowanych technicznie eksponatów (sam nie wiem czy to adekwatna nazwa ale niech będzie), było nieczynne. Z jednej strony nic dziwnego, wszak bawi się tam i majstruje przy nich ładnych parę tysięcy ludzi dziennie ale mimo wszystko szkoda. A więc odstać swoje, kupić bilet i cofnąć się ładnych parę lat do tyłu. Warto. A jako bonus parę fotek wykonanych przed i po wizycie w centrum.

P.S. Dzięki Gosia. Jak zwykle z resztą.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Stadion miejski we Wrocławiu.

Wrzuciłem swojego czasu fotki z wizyty na stołecznym nowym obiekcie, czas więc na pewnego rodzaju porównanie. A więc Stadion Miejski we Wrocławiu. Choć z zewnątrz nie robi wrażenia swoją wielkością to moim subiektywnym zdaniem jest o wiele ładniejszy od “narodowego”. Tamta biało-czerwona przeplatanka kojarzy mi się z bazarową torbą (może to było celowe nawiązanie do “Jarmarku Europa”?) a tutaj mamy ażurową siatkę stalową z oplatającymi owal obiektu wstążkami. Mi się podoba. W moim prywatnym rankingu miejsce drugie, zaraz za obiektem gdańskim, który jest po prostu trafiony w punkt. A cała okolica, otoczenie stadionu? Jak widać na zdjęciach, prace cały czas trwają. Płoty, parkany, woda gruntowa stojąca w rowach i takie klasyczne obrazki z budowy. Jedna rzecz mi się bardzo podoba. Gdy planowano budowę stołecznego obiektu, rozważano różne lokalizacje, między innymi w większej odległości od centrum, co miało swoje plusy i minusy. Plusy obecnej lokalizacji? Stadion widoczny z każdego miejsca w Warszawie (szczególnie ciekawie wygląda z placu zamkowego), bliski i szybki dojazd. Minusy? brak wolnego miejsca i niedostosowanie infrastruktury. O co mi chodzi? Już wyjaśniam i wracam jednocześnie do tego co mi się podoba w otoczeniu obiektu wrocławskiego. A więc przede wszystkim świetne rozwiązania transportowe. Przy samym stadionie we Wrocławiu znajdują się dobrze zaplanowane zakończenia nitek komunikacyjnych czyli nowoczesne pętle autobusowe i tramwajowe i to z dwóch stron stadionu. Dodatkowo przy samym obiekcie jest zjazd z obwodnicy Wrocławia. Robi to wrażenie, nie powiem. W porównaniu do tego jak wygląda to w stolicy to jest to po prostu luksus… A teraz nic tylko czekać na przyjazd tabunów kibiców wszelkiej maści i sortu i mieć nadzieję że podołamy organizacji a nasze “orzełki Smudy” nie zbłaźnią się definitywnie.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Praga czyli wiosna zimą

Wyjazd do Pragi 17 lutego wydawał się być ryzykowny. Tym bardziej że gdy oczekiwałem na autobus to pogoda dawała się we znaki: zimno, wietrznie, z nieba padały białe płatki a zaskoczeni drogowcy ze zdwojoną siłą używali pługów by doprowadzić drogi do stanu używalności. Jednak na miejscu okazało się że nie jest tak źle, mówiąc wprost było wręcz odwrotnie. Poranek był chłodny ale potem aura się zmieniła: z poza chmur wyszło słońce a temperatura wynosiła ok. 1-2 stopni. A co do samego miasta: wycieczka zimą ma swoje niezaprzeczalne zalety: turystów zdecydowanie mniej niż w sezonie, powietrze bardziej przejrzyste, szkoda tylko że dni jeszcze stosunkowo krótkie. Co do marszruty: jak na 14 godzinną wizytę udało się wiele. Start na dworcu autobusowym Florenc, potem poranna kawa i posiłek na “vaclaviaku”, po czym można było już zacząć spokojne zwiedzanie. A więc: stare miasto, Josefov ze swoimi synagogami i kirkutem, potem skok przez żelazny punkt każdej wycieczki czyli most Karola na malą strane z której droga wiedzie malowniczymi uliczkami w górę na Hradczany. Tutaj już było zdecydowanie więcej turystów więc szybkie zejście na brzeg Wełtawy, po czym nabrzeżem na Kampe by w ustronnej, nieodwiedzanej przez rzesze turystów knajpie napić się tradycyjnego napoju naszych braci z południa. Po rozgrzaniu się i odpoczynku można było znów uderzyć pod górę: a więc Petrzin! Pierwotnie plany były takie by podjechać tam lanovką ale że w kieszeni nie było bilonu więc trzeba było zrobić sobie pieszy spacerek. Na górze oczywiście obserwatorium, praska miniatura wieży Eiffla a parę minut dalej największy stadion piłkarski na świecie czyli Strachow. Stadion niestety dzisiaj już niszczeje, na jego płycie znajduje się boisko treningowe Sparty Praga oraz korty tenisowe. Mimo wszystko obiekt cały czas robi wrażenie swoją wielkością. Następny punkt programu to moja ulubiona praska knajpa czyli “krcma u parasutistu” gdzie jak zwykle leją Gambrinusa a  jadło cały czas jest wyborne. Poza tym knajpa ma niesamowity klimat: na ścianach znajdują się zdjęcia i dokumenty związane z chwalebnym i dramatycznym w swych konsekwencjach wydarzeniem: zamachem dokonanym przez czeskich i słowackich “cichociemnych” na kacie Pragi, numer dwa w strukturze SS, autorze planu “ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” Reinhardzie Heydrichu. Zamach się udał ale w konsekwencji Niemcy w zemście zrównali z ziemią wieś Lidice a całą ludność rozstrzelali lub wywieźli do obozów koncentracyjnych.  Największe z resztą wrażenie zrobiło na mnie to że zamach miał być z założenia misją samobójczą, nie opracowano planów ewakuacji komandosów z Pragi…. Dokonali swego żywota zdradzeni przez jednego ze swoich podczas dramatycznej obrony w katakumbach cerkwi pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego, która znajduje się przy samej wyżej wymienionej knajpie. W podziemiach zwiedzić można miejsce ostatniej walki Gabcika, Kubisa i towarzyszy a na zewnątrz znajduje się miejsce pamięci: ostrzelane okienko przez które straż pożarna wsuwała węże strażackie by utopić zamachowców.  Dla zainteresowanych link do wiki:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamach_na_Heydricha

Pozostając w temacie, ogromne wrażenie robi gmach w którym znajdowała się praska siedziba Gestapo,- ponura bryła w której siedzibę ma obecnie Ministerstwo Handlu Republiki Czeskiej.

Wracając do wycieczki: po dłuższym odpoczynku pozostał czas na małe zakupy w okolicach “vaclawiaka” , kawę i powrót na dworzec autobusowy Florenc. Reasumując: Praga zimą jest tak samo piękna jak latem a zwiedzanie jej jest przyjemniejsze bo nie trzeba przeciskać się przez mrówcze tłumy turystów ze wszelkich stron świata. Najważniejsze jest jednak z kim się zwiedza a tutaj nie mogło być lepiej.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Witaj nowy!

Staliśmy się starsi o rok, wszyscy. Czas mija nieubłaganie a lata lecą tak jak kiedyś miesiące. Przypomniało mi się jak pewien nobliwy pan w telewizji opowiadał że jak miał 15 lat to olimpiady były co 4 lata, jak miał 40 to co rok a po sześćdziesiątce ma co miesiąc…. Wniosek z tego taki że trzeba jak najlepiej wykorzystać co się ma bo ten pociąg zasuwa i na żadnej stacji zatrzymać się nie chce… Eh… A sam sylwester? Zapowiadało się świetnie: z samego rana z nieba zaczęły padać płatki śniegu, żeby tam płatki,- płaty! Ale że temperatura była wiosenna to i biało się nie zrobiło. A potem było jak zwykle. Od wczesnych godzin popołudniowym można było poczuć się jak w mieście podczas działań wojennych, nasi czworonożni mniejsi bracia musieli się chronić pod stołami, w szafach i rękach właścicieli. Taka to już tradycja. A potem wieczorem miasto oszalało. Wszedłeś z hukiem dwutysięczny dwunasty. Witaj.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized