Święto niepodległości we Wrocławiu.

W Warszawie było jak co roku. Bydło rzucało kamieniami, znakami drogowymi, koktajlami Mołotowa i mięsem. Nienawiść, agresja i zniszczone ulice. Komentować mi się nie chce bo i po co… Za to dla przeciwwagi wrzucam galerię z obchodów we Wrocławiu – radosnych, z uśmiechem i w spokoju. Można? Można. Co prawda we Wrocku też był przemarsz prawdziwych „patriotów” ale zdecydowanie bardziej pokojowy. Więc jako odtrutka na telewizyjne obrazki z walczącej stolicy, pogodna galeria.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Kompletnie nie na temat czyli niekończąca się rzeka.

Ano właśnie. Ostatnio coraz częściej piszę nie na temat.
Ale do rzeczy. Gdy dowiedziałem się, że „floidzi” po latach wydają nową płytę to pierwszą reakcją był brak wiary. Drugą natychmiastowa kwerenda w sieci i poszukiwania jakichkolwiek informacji. A więc: są to ściachy studyjne pozostałe po „The division bell”, materiał w pełni instrumentalny, panowie Gilmour i Mason robią skok na kasę i wydają zmielone podroby, przecież cokolwiek z napisem Pink Floyd fani kupią za każde pieniądze itd…
Nawet przed premierą (dzisiaj), przeczytałem recenzje, które pisali ci, którzy posiadali krążek wcześniej.
No i zrobiło się nie za wesoło… Recenzje miażdżące: nuda, bezsens, 18 krótkich namiastek utworów, płyta krótka itd…

No i dzisiaj drżącymi łapkami odpakowałem płytkę, wsadziłem do odtwarzacza i wraz z moimi kobietkami przy dobrym winie (ja), karmi (żona) i naturalnym wytworze małżonki (Marysia) zacząłem wsłuchiwać się w dźwięki.
No i cóż… Na początek konfrontacja z głosami krytycznymi: płyta pocięta bez sensu na 18 króciutkich utworów – prawda ale nic z niej nie wynika. Po prostu panowie w studio tak sobie wymyślili i tyle. Mogło by ich być 6 albo 106, to bez znaczenia, bo łączą się w spiętą jedyną w swoim rodzaju gitarą Gilmoura w całość. Tak sobie wymyślili. Dziwne to ale w niczym nie przeszkadza. Przeszkadzać może tym, którzy odtwarzają w jakimś odtwarzaczu na kompie, który robi przerwy między utworami, to może być wkurzające i rozpraszające, fakt. Zarzut drugi: ściachy, odrzuty, śmieci. I tak i nie. Bo jak już napisałem wcześniej, te ściachy są w elegancki i klimatyczny sposób połączone ze sobą i wszystko tu gra i pasuje. No i mówiąc szczerze jeśli to są ściachy to ciekawy jestem jak by brzmiały gdyby panowie dopieścili je i rozwinęli podczas sesji do Division Bell, to byłaby dopiero uczta. Poza tym jakościowo ściachy „floidów” to i tak wspaniałe i nastrojowe utwory… Fakt, można było je bardziej rozwinąć, napisać teksty, dograć wokale itd… Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Zarzut kolejny: nuda. Cóż, to zależy czego się kto spodziewał. Ja nie oczekiwałem na Dark side of the moon czy the wall, nie oczekiwałem diamentów typu High Hopes…

I już nie odnosząc się do recenzji. Jak się po prostu tego słucha? Niesamowicie przyjemnie. Wpaniałe, klimatyczne, nastrojowe, flojdowskie dźwięki. To po prostu piękne instrumentalne słuchowisko (no nie do końca instrumentalne bo pojawiają się chórki, zsamplowane głosy oraz na koniec jedna pełnoprawna piosenka z wokalem). Skojarzenia? To jakby przejażdżka po wielu poprzednich płytach: są utwory klimatem przypominające Dark side of the moon, Division Bell, Wish you were here… Wszystko spięte flojdowskimi klawiszami i magiczną gitarką Gilmoura. Wspaniała płyta. Piękne pożegnanie legendy, bo to ostatnia płyta wydana pod tą nazwą.
Minusy? Jest krótko. Pięćdziesiąt kilka minut to nie jest wynik który mnie satysfakcjonuje. Taki wspaniały dwudaniowy obiad w klimatycznej knajpce, ale w połowie drugiego dania kelner wyszarpuje talerz i płać człowieku…
Jest niedosyt. I to jedyny zarzut.

A jednym zdaniem? Miałem pomysł by płyta spełniła funkcję kołysanki dla Marysi. I co? Śpi jak suseł.
Polecam.

I mała próbka na koniec:

pink_floyd_772728b

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Wrocławska klasyka jesienią.

W niedzielę, korzystając z pięknej pogody zabraliśmy nasz skarb na długi spacer. Szlak klasyczny acz symboliczny: zaczęliśmy przy klinikach gdzie nasz skarb przyszedł na świat a potem przeszliśmy przepięknym mostem zwierzynieckim na „Wielką wyspę”. A więc: park zachodni, okolice hali stulecia a na koniec po raz pierwszy dane mi było zobaczyć ogród japoński. Eh, tegoroczna jesień jest piękna i kolorowa. Trzeba korzystać, bo mroźne dni już niedługo.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Mam już 4 tygodnie!

W piątek skończyłam cztery tygodnie. Niewiele z nich pamiętam. Chyba dużo spałam, często jadłam. Aha, no i często miałam mokro i płakałam. No bo jak to? Jak to może być? Ja mam mokro a te dwie plamy przed moimi oczami nic nie robią? Ta plama pachnąca mlekiem i karmiąca mnie i ta druga co to mnie kłuje jak całuje, jak to może być, że ja mam mokro a oni nic nie robią? Więc płaczę! Jestem głodna – płaczę! Jest mi gorąco – płaczę! Nic się złego nie dzieje ale zostawiają mnie samą w pokoju – płaczę! Jak to może być, ja sama w pokoju? Brać mnie na ręce kolorowe plamy! Ale myślę, że plamy nie są takie złe. Ale znalazłam sposób na moje plamy. Zabieram je na spacery. Wtedy jest super. To znaczy chyba jest bo ja niewiele pamiętam. Jak mnie pakują do wózka albo fotelika to od razu odpływam i budzę się w domu… Ale chyba plamom się to podoba. Dzisiaj też zabrałam je na spacer do jesiennego parku i nad Odrę i było super! Chyba… Bo oczywiście nic nie pamiętam. Kończę ten mój wpis bo plama nr 1 (ta kłująca) właśnie pakuje mnie na coś miękkiego – a, to plama nr 2, więc będzie jedzenie! Ha! warto było się powydzierać! To zawsze działa! Kończę! Bar otwarty!

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Ciekawostka – schron p. lot przy Kamieńskiego.

Jako, że pogoda przez ostatnie dni jest wspaniała, staramy się to wykorzystywać i zabierać Marysię na spacery by pocieszyć się jeszcze tą aurą. I właśnie podczas takiego spaceru natknęliśmy się na obiekt, który codziennie mijałem w drodze do pracy a o istnieniu którego nie miałem pojęcia. Wystarczyło tylko, że służby odpowiedzialne za zieleń miejską skosiły wysokie trawy i chaszcze przy torach wąskotorówki przecinających ul. Kamieńskiego i naszym oczom ukazał się widok średniej wielkości schronu przeciwlotniczego, jakich we Wrocławiu co prawda jest sporo ale o tym konkretnym nie miałem pojęcia. Ciekawe jest także położenie obiektu. Zazwyczaj tego rodzaju schrony powstawały przy obiektach przemysłowych, kolejowych lub w pobliżu miejsc zamieszkania. Trza by było sprawdzić co mieściło się tu przed wojną ale żadne ślady nie wskazują by stały tu jakieś obiekty przemysłowe a tory wąskotorówki raczej na pewno położone były po wojnie – prowadzą do zlikwidowanych niedawno zakładów Mastercook. Chociaż… Gdzieś w literaturze natknąłem się na informację, że na terenie zakładów mieści się także podobny schron więc nic nigdy nie wiadomo…

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Czwarty dzień w domu.

Trudno przelać na papier (monitor znaczy się) wszystkie emocje ,jakie przeżywaliśmy przez te cztery dni w domu. Pierwsze kąpiele, pierwsze spacery (położna sama namawiała – temperatura we Wrocławiu przez ostatnie dwa dni osiągała 25 stopni) , pierwsze nieprzespane noce… Nie jest to jednak blog „parentingowy” ale jednym zdaniem napiszę: zadowolona, ciamkająca buźka dziecka warta jest wszelkich wyrzeczeń i chwil trudnych. Mama, pomimo zmęczenia jest przeszczęśliwa (dziś pierwszy raz kąpała) a tatuś poza powyższym jest dumny. A nic nie przebije widoku zadowolonego, spokojnego, najedzonego i beztrosko śpiącego dziecka.

1 komentarz

Filed under Uncategorized

Marysia jest z nami!!!!

Dzisiaj o 19.50 urodziła się nasza długo wyczekiwana miłość.
Więcej nie napiszę bo za wiele we mnie jeszcze emocji.

1 komentarz

Filed under Uncategorized